Zdarza Ci się czasem zatrzymać i pomyśleć o śmierci?
Nie jako o czymś odległym, abstrakcyjnym — ale realnym. Takim, które może wydarzyć się w każdej chwili.
To trudny temat. Nic dziwnego, że często go unikamy.
A jednak w myśli o śmierci kryje się coś, co może nas do życia… przybliżyć.
Miałem ostatnio sen, który zostawił mnie z bardzo silnym doświadczeniem. Był niezwykle realistyczny.
Pojawiła się w nim postać przypominająca samuraja — jakby symboliczny „anioł śmierci”. Wiedziałem, że przyszedł po mnie.
Poczułem lęk.
Nie tylko przed samą śmiercią, ale przed tym, co zostawię. Przed niedokończonym życiem. Przed tym, co stanie się z bliskimi.
A potem wydarzyło się coś nieoczekiwanego.
Zamiast mnie zabić — przeciął więzy, które krępowały moje ręce.
I w tym momencie poczułem, jakby przecięte zostały również moje wewnętrzne napięcia: lęki, zamartwianie się, ciężar codziennych myśli.
Jakby ktoś powiedział: wracaj i żyj — ale bez tych pęt.
Obudziłem się z poczuciem lekkości.
I z pytaniem: co tak naprawdę mnie wiąże na co dzień?
Bo przecież nic zewnętrznie się nie zmieniło.
Zmieniła się tylko moja percepcja.
To, jak widzę życie.
W pracy terapeutycznej często spotykam się z tematem śmierci — w żałobie, w lęku, w oporze przed przemijaniem.
I widzę też coś jeszcze.
Świadomość śmierci może być źródłem lęku… ale może być też źródłem wolności.
Bo jeśli coś jest nieuniknione — może warto przestać odkładać życie na później.
Może warto trochę mniej się martwić tym, na co nie mamy wpływu.
Może warto bardziej być.
Z sobą. Z drugim człowiekiem. W tej chwili.
Bo kiedy, jeśli nie teraz?