Ostatnio wiele myślę o ciekawości. Jako dziecko często słyszałem, że „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Z perspektywy czasu widzę, że były to słowa wypowiadane głównie przez ludzi „wiedzących” — takich, którzy przestali się uczyć.
Dziś coraz wyraźniej dostrzegam, jak ogromne znaczenie ma ciekawość w relacjach: w związku partnerskim, w małżeństwie, ale też w relacji między rodzicem a dzieckiem.
Nasz mózg lubi uproszczenia. To jego naturalny sposób działania — pomaga nam przetrwać i oszczędzać energię. Problem pojawia się wtedy, gdy ten mechanizm zaczyna dominować nasze życie. W pewnym momencie rzeczywistość traci swoje barwy. Pojawia się rutyna.
Rutyna to tryb automatyczny. Podążanie utartymi ścieżkami, jak na taśmie produkcyjnej. Jest bodziec i jest przewidywalna reakcja. Gdy taki sposób funkcjonowania pojawia się w relacji, przestajemy się naprawdę widzieć. Przestajemy dostrzegać drugiego człowieka. Zastępujemy go obrazem w naszej głowie.
„Ona taka jest.”
„On zawsze tak robi.”
Myślę, że jednym z najprostszych, a jednocześnie najgłębszych sposobów przełamania tego schematu jest ciekawość.
Ciekawość to otwartość. To zainteresowanie. To gotowość, by spojrzeć na drugiego człowieka tak, jakbyśmy widzieli go po raz pierwszy — bez filtrów, bez gotowych interpretacji, bez podążania utartymi ścieżkami własnych przekonań.
Ciekawość istnieje w chwili obecnej. Jest żywa, dynamiczna, pełna energii. Kiedy jestem naprawdę ciekawy drugiego człowieka — zaczynam go widzieć.
To jednak wymaga świadomego wyboru. Zatrzymania się. Wyjścia poza automatyzm.
I wtedy dzieje się coś wyjątkowego.
Nawet po wielu latach bycia razem można zobaczyć drugą osobę na nowo — taką, jaka jest naprawdę, a nie jako utrwalony obraz czy własną projekcję.
A kiedy naprawdę widzisz drugiego człowieka — on to czuje. Czuje się dostrzeżony. Czuje Twoją obecność i zainteresowanie.
I wtedy między ludźmi pojawia się coś więcej niż rozmowa.
Pojawia się spotkanie.